poniedziałek, 29 września 2014

Recenzja suchych szamponów Batiste

Witajcie

Wiem, że o szamponach Batiste sporo było już w sieci, ale postanowiłam dodać "3 grosze" od siebie :) Używam ich od 2 lat, obecnie jestem przy trzecim opakowaniu, co przy tak długim użytkowaniu mogłoby się wydawać niewielką liczbą. Suche szampony są moim kołem ratunkowym, a nie produktem używanym na co dzień i to z tego wynika nieduże ich zużycie.

Jako pierwsza trafiła do mnie wersja dla włosów ciemnych i przyznam szczerze, że wtedy jeszcze mnie nie porwały. Dopiero przy drugim opakowaniu w wersji "blush" nauczyłam się porządnie wyczesywać szampon i zrozumiałam jak to działa :)

Obietnica producenta:
Suchy szampon, który błyskawicznie zapewnia jedwabiście miękkie, pachnące włosy bez użycia wody. Do wszystkich typów włosów.

Skład:
Butane, Isobutane, Oryza Sativa (rice) Starch, Propane, Alcohol Denat., Parfum (fragrance), Coumarin, Distearyldimonium Chloride.

Jak używam:
Rozpylam na włosach z odległości 30 cm głównie na okolice skalpu (czyli tam gdzie moje włosy wyglądają najbardziej tłusto) i jeżeli tego wymagają to odrobinę na długości, wgniatam szampon przez kilka chwil we włosy, masując skalp. Na koniec porządnie wyczesuję produkt z włosów, najczęściej pochylając głowę do przodu- wtedy można osiągnąć dodatkowo delikatny efekt uniesienia ich u nasady.


Moja opinia:
Jak już wspominałam- na początku nie wiedziałam o co halo, bo pierwsze opakowanie mnie nie zachwyciło. Dopiero przy drugim nauczyłam się poprawnego użycia i moja mina nie była zbyt zadowolona, gdy się skończył. Włosy myję codziennie co potrafi być uciążliwe i czasami zdarza mi się po prostu leniwy wieczór, kiedy jestem zmęczona i nie chce mi się myć głowy. W takie dni z pomocą przychodzi mi suchy szampon, aplikacja trwa chwilę, a efekt jest naprawdę niezły. Włosy są odświeżone, lekko matowe i odrobinę uniesione u nasady, aplikacja jest błyskawiczna. Jedwabista miękkość obiecywana przez producenta nieco mnie zaintrygowała, gdyż powiedziałabym, że jest wręcz przeciwnie, włosy po użyciu szamponu robią się "tępe", co może być zaletą jeżeli mamy śliskie włosy i chcemy zapewnić im odpowiednią teksturę do upięcia. Nie ma się co łudzić, że efekt będzie dokładnie taki jak po umyciu włosów- jeżeli miałyśmy spięte włosy i są one poodgniatane to jedynym wyjściem jest umycie ich wodą. Włosy wyglądają dobrze jeżeli nie dotykamy ich i nie poprawiamy zbyt często, wtedy mogą lekko oklapnąć. Moim zdaniem katastrofa dzieje się jeżeli złapie nas deszcz- mamy na głowie nieestetyczne strąki, a po wyschnięciu włosy nie wyglądają najlepiej. Zapach utrzymuje się na włosach dosyć długo, a sam efekt "odświeżenia" trzyma się do kilku godzin, więc całodzienne bieganie po mieście raczej nie wchodzi w grę- po południu włosy wracają do pierwotnego stanu. Ja po jego użyciu niestety cały czas czuję, że moje włosy nie są umyte i, że "to nie jest to". Nie zauważyłam żadnych nieprzyjemnych objawów jak swędzenie skóry głowy. Używam ich od czasu do czasu, ale wydaje mi się, że nie są produktem bardzo wydajnym. Jak dla mnie są świetnym rozwiązaniem awaryjnym, a od czasu do czasu mogą też być wykorzystywane do stylizacji włosów (moje są śliskie, więc szampony mogą pomóc przy upięciach). Opakowania są naprawdę ładne, po części stanowią taki fajny, łazienkowy gadżet.
Gama zapachowa jest bardzo szeroka, mi zapach "blush" bardzo odpowiadał. Wiem, że w Polsce może być problem z ich dostępnością, na pewno są w Hebe i w drogeriach internetowych, a przez jakiś czas były także w Biedronce. W Dublinie są dostępne praktycznie wszędzie, a w Primarku można je dostać w atrakcyjnej cenie.


Szampony Batiste to produkt, który bardzo polecam, ale trzeba umieć go używać i mieć odpowiednie co do niego oczekiwania :) Zauważyłam, że dużo osób wymaga od nich zbyt wiele, a trzeba pamiętać, że jednak nic nie zastąpi naszym włosom tradycyjnego mycia.

czwartek, 25 września 2014

#3 Co nowego w mojej kuchni? - soczewica i tahini

Witajcie !

Toż to już 3 post z tej serii, co bardzo mnie cieszy :) Nie wiem czy jeszcze jakieś się pojawią, ponieważ już niedługo wracam do Polski, a w rodzinnym domu nie testujemy tylu nowości, co tutaj w Dublinie.
Pewnie wstyd się przyznać, że po raz pierwszy spróbowałam soczewicy w wieku 21 lat ;d Za to druga rzecz, którą dzisiaj przedstawię jest nieco bardziej "egzotyczna" i na pewno pod tą nazwą mniej znana.

#5 Soczewica czerwona- należy do rodziny roślin strączkowych, pochodzi z Bliskiego Wschodu i jest uprawiana już od 4 tysięcy lat. Soczewica jest jednym z najbogatszych źródeł białka roślinnego, zawiera witaminy z grupy B, a także C i PP. Znajdziemy w niej także wapń i fosfor, żelazo i kwas foliowy (jedna filiżanka soczewicy pokrywa aż 90% zapotrzebowania na ten składnik). Dzięki zawartości błonnika zapewni nam uczucie sytości na dłużej.
Ma dużą skłonność do rozgotowywania się (sama się o tym przekonałam) przez co doskonale nadaje się do zagęszczania zup, można też wmiksować ją w sałatkę czy zapiekankę. Będzie oryginalnym nadzieniem do pierogów czy naleśników, można także zrobić z niej wege kotlety :)
Jak na razie wykorzystywałam ją głównie do zup i sprawdziła się świetnie!


#6 Tahini - czyli inaczej pasta sezamowa, przypomina trochę masło orzechowe, ale jest bardziej "tępa" w konsystencji, tłustsza i nieco gorzkawa. Można kupić ją w słoiczku, a także zrobić samemu w domu. Zawiera sporą ilość tłuszczu, którego nie trzeba się obawiać, bo to tłuszcz roślinny i niebagatelną ilość kalorii- 639 kcal w 100 gramach i z tego względu należy uważać z jej nadużywaniem, gdyż bardzo łatwo można wzbogacić posiłek o 150 kcal. Sezam z którego wytwarza się tahini zawiera ogromną ilość wapnia, w 100 g mamy aż 1160 mg wapnia, o wiele więcej niż w takiej samej porcji mleka czy sera żółtego- niestety spożywanie tahini w takiej ilości raczej nie jest wskazane, jeżeli dbasz o figurę. Ponadto w sezamie znajdziemy też magnez i mnóstwo witamin: A, E oraz z grupy B.
Tahini wykorzystywane jest właśnie w kuchni wschodniej, m.in do przyrządzenia hummusu i baba ghanoush. Ja używam go jako zamiennik masła orzechowego - na kanapki, placki czy do posmarowania naleśników. Tahini można także użyć jako dodatku nadającego aromat wielu daniom- sosom, curry czy orientalnym zupom.


poniedziałek, 22 września 2014

Ekspresowy sernik na zimno z malinami

Witajcie

Jakiś czas temu naszła mnie ochota na zrobienie sernika na zimno. Jakiś czas temu już próbowaliśmy z moim chłopakiem i wtedy nie do końca wyszło tak jak chcieliśmy. Postanowiłam powalczyć po raz kolejny i znowu ta sama katastrofa- sernik się ściął (do dziś nie wiem co robię źle). Rozpoczęłam akcję reanimacyjną (tak jak ostatnim razem) poprzez wsadzenie miski do kąpieli wodnej. I miska pękła.. Co tu zrobić jak spód z ciasteczek już zrobiony? Ano pobiegłam do sklepu po składniki na znacznie szybszą wersję sernika na zimno i z nią dzisiaj do was przychodzę :)


Składniki:
1000 g serków homogenizowanych (ja użyłam Danio waniliowego- 5 sztuk, ale sernik wyszedł niski, więc warto dołożyć 2 dodatkowe serki) lub gęstego jogurtu naturalnego
250 ml śmietany kremówki
2 łyżki żelatyny
Paczka maślanych herbatników
100 gram masła (pół kostki)
2 łyżki miodu
150 g malin
olejek waniliowy

Wykonanie:
Masło roztapiamy w miseczce, a herbatniki kruszymy. Zalewamy herbatniki masłem i dodajemy 2 łyżki miodu po czym wyrabiamy przez chwilę masę, aby wszystko się skleiło. Wykładamy ciasteczka na spód formy (nie martwcie się jeżeli ciastka są luźne, ważne żeby pokrywały cały spód), zawijamy z góry folią i wstawiamy do lodówki na około godzinę.
Żelatynę rozpuszczamy we wrzącej wodzie (max. pół szklanki) i odstawiamy do ostudzenia. Śmietanę ubijamy na sztywno i dodajemy serki oraz olejek waniliowy ciągle miksując. Na koniec wlewamy żelatynę, ciągle miksujemy na najwyższych obrotach. Wyciągamy ciasteczkowy spód z lodówki i wylewamy na niego masę serową po czym wtapiamy w nią maliny. Wkładamy na kilka godzin do lodówki (aż stężeje).
Dodatkowo na górę po kilku godzinach można wylać galaretkę i dołożyć owoców.


Jak odchudzić:
Jeżeli liczysz kalorie to zrezygnuj z herbatnikowego spodu, zamiast tego wyłóż spód biszkoptami- zaoszczędzisz na maśle i miodzie. Możesz użyć jogurtu greckiego o ograniczonej ilości tłuszczu czy serków homo 0% (np. Tutti z Biedronki).


Zdjęcia robił mój chłopak, także pochwalcie, bo strasznie był z siebie zadowolony ;d Życzę smacznego serniczka !

czwartek, 18 września 2014

#1 Przegląd ziół

Witajcie

Do ziołowych herbat przekonałam się już jakiś czas temu i niektóre z nich bardzo polubiłam. Jakiś czas temu koleżanka zapytała mnie jakie ziółka byłyby dobre na różnego rodzaju dolegliwości związane z brzuchem i wtedy stwierdziłam, że najwyższy czas dowiedzieć się o ziółkach czegoś więcej :) Dzisiaj po krótce postaram się opisać, która herbata na co się nadaje, a że ziół jest sporo to post będzie podzielony na dwie części, bo tasiemców przecież nikt nie lubi.

#1 pokrzywa- ma pozytywny wpływ na naszą urodę, a także na układ trawienny. Wzmacnia nasze włosy i paznokcie, dobrze wpływa także na kondycję naszej skóry. Ma działanie moczopędne, dzięki czemu pomaga w zwalczaniu obrzęków, pomaga naszemu organizmowi pozbyć się toksyn. Napar z pokrzywy dobrze wpływa na naszą odporność, poprawia przemianę materii i jest świetnym rozwiązaniem dla kobiet w ciąży, ze względu na dużą zawartość witamin i minerałów. Pokrzywa oczyszcza nasz układ trawienny, wpływa dobrze na żołądek, trzustkę i wątrobę, może być spożywana przy biegunkach (a mama zawsze parzyła miętę i gorzką herbatę). Może także okazać się świetnym wsparciem dla osób walczących z anemią, gdyż wspomaga produkcję czerwonych krwinek.
Można ją kupić w aptekach czy sklepach z ziołami, a najlepiej zerwać samodzielnie i ususzyć (powinno się zrywać łodygi do 30 cm od wierzchołka), a później parzyć przez kilka minut. Ma specyficzny smak, ale można go polubić (ja nie mam żadnych problemów z jej wypijaniem).


#2 skrzyp- tak jak i pokrzywa świetnie działa na naszą cerę, włosy i paznokcie, przez włosomaniaczki często pijany jest parzony w jednym kubku z pokrzywą. Zawiera krzemionkę, która reguluje proces starzenia organizmu (a więc pijemy drogie Panie!). Skrzyp pomaga także na bóle reumatyczne, działa przeciwbakteryjnie. Działa moczopędnie i dzięki temu pomaga nam pozbyć się zbędnych toksyn, a także reguluje przemianę materii.


#3 melisa- ukoi nasze zszargane nerwy, gdyż ma właściwości uspokajające oraz rozluźniające, picie jej przed snem pomoże nam zasnąć. Pobudza trawienie, zmniejsza gazy i wzdęcia, przynosi ulgę przy bólu głowy i bólach miesiączkowych. W medycynie ludowej była używana także przy leczeniu nadczynności tarczycy, wykazuje działanie przeciwwirusowe, więc może być sprzymierzeńcem przy zwalczaniu opryszczki. Regularne pijanie herbatki z melisy obniża poziom złego cholesterolu we krwi, a więc przeciwdziała miażdżycy. Istnieją badania, które wykazały, że melisa zwiększa zdolność koncentracji oraz poprawia pamięć (drodzy studenci - od dzisiaj meliska zamiast kawki!). Jest stosunkowo smaczna i łatwo się do niej przekonać osobom, które dopiero zaczynają przygodę z piciem ziółek.


#4 szałwia- wszyscy znamy ją z dzieciństwa kiedy to nasze mamy kazały nam płukać nią gardło w czasie choroby, oczywiście nie bez przyczyny! Szałwia wykazuje właściwości odkażające i to dlatego wspomagała leczenie gardła. Okazuje się, że ma całkiem sporo dobrych właściwości nie tylko jako płukanka, ale także jako herbata. Picie szałwii pomaga pozbyć się toksyn z organizmu, poprawia trawienie oraz obniża poziom złego cholesterolu we krwi. Szałwia pomaga w przypadku nadmiernej potliwości, tak jak melisa dobrze wpływa na naszą pamięć oraz działa uspokajająco. Specyficzny smak (kojarzący się z chorobami w dzieciństwie) może nieco przeszkadzać przy jej piciu.


#5 mięta- ma działanie ochładzające, a więc doskonale nadaje się na upały. Zalecana jest na wszelkie schorzenia układu pokarmowego (to dlatego mama wpychała mi ją przy bólu brzucha i biegunce..), wspomaga wydzielanie soków żołądkowych, a więc przyspiesza trawienie i wzmaga apetyt. Ma także właściwości przeciwbakteryjne, a jej regularne picie obniża poziom testosteronu u kobiet, więc może pomagać przy nadmiernym owłosieniu. Pomaga łagodzić uciążliwe bóle menstruacyjne, a jej niewątpliwą zaletą jest duża dostępność. Warto wprowadzić miętę do swojej diety nie tylko pod postacią mohito :)


Większość z nich jest dostępna w aptekach i sklepach zielarskich, a niektóre dostaniemy także w zwykłych sklepach czy supermarketach. Część możemy zbierać własnoręcznie, suszyć i parzyć. Zalewamy je wrzącą wodą i parzymy 10-30 minut w zależności od intensywności jaką chcemy uzyskać.

Jak widać picie ziół przynosi duże korzyści, a ich dobre właściwości nie różnią się jakoś diametralnie między sobą, chyba większość z nich działa dobrze na układ trawienny. Ja zioła bardzo lubię, regularnie pijam pokrzywę, melisę i bratka, ale mam zamiar zwiększyć nieco różnorodność pijanych ziół. Myślę, że jest jeszcze wiele ciekawych pozycji do omówienia, a więc pojawią się kolejne posty z tej serii. Pijacie zioła czy raczej od nich stronicie? Które należą do waszych ulubionych?

poniedziałek, 15 września 2014

Haul zakupowy - ciuchy, kosmetyki, woski VIDEOBLOG

Witajcie

Już od dawna myślałam o nagraniu jakiegoś filmiku, ale ciężko było zebrać się na odwagę. W końcu jakoś tak wyszło, że rzeczy na haul w postaci posta nazbierało się aż za dużo i postanowiłam nagrać filmik.

Ubrania


Kosmetyki i woski Yankee Candle


Niełatwo było się zebrać na odwagę, żeby to opublikować.. Mam nadzieję, że będziecie wyrozumiali dla moich błędów (maniakalne czytanie 'prajmark', zamiast 'primark' itp.). Nie patrzcie na mój makijaż oczu, bo tego dnia po prostu kreska mi nie wyszła :P 
Raz kozie śmieć! Czekam na krytykę :P
No i dajcie znać czy podoba wam się rozszerzenie bloga o filmiki i czy chcecie coś takiego zobaczyć w przyszłości :)

sobota, 13 września 2014

Urlopowa kosmetyczka

Witajcie

Wiem, że sezon urlopowy już raczej minął, ale nic nie poradzę na to, że mój urlop przypada zawsze na końcówkę września. Postanowiłam pokazać wam na zdjęciach co znajduje się w mojej kosmetyczce, bo może się to kiedyś komuś przydać :) Pakuję kosmetyczkę na wyjazd w tropiki, więc będzie się ona nieco różnić składem od takiej, którą zabieram na krótsze europejskie podróże.


1. Odżywka do włosów Repair&Shine, Fructis (cena: 1,5 euro)- przy wysokich temperaturach i kąpielach w morzu nasze włosy dostają nieźle w kość, odżywka to podstawa!
2. Olejek do zebezpieczania końcówek Argan Oil (cena: 1,5 euro)- moje rozjaśnione końcówki potrzebują dodatkowej opieki.
3. Suchy szampon Batiste (cena: 2,35 euro)- wiem, że czeka mnie wiele dni w upale, często po kilka godzin w publicznych środkach transportu, a pewnie nie zawsze będzie mi się chciało włosy myć :) Szybkie odświeżenie przed wieczornym wyjściem na pewno się przyda.
4. Pomadka Lip Smacker (cena: 2,99 zł)- w upały usta cierpią, więc trzeba je nawilżać
5. Chusteczki do demakijażu Nivea (cena: 4,49 euro za 2 op.)- wożenie ze sobą mleczka do demakijażu i płatków zajmuje za dużo miejsca, paczka chusteczek jest znacznie poręczniejsza !
6. Pęseta- żeby mieć brwi pod kontrolą.
7. Wosk do aparatu- wszyscy aparaciarze wiedzą o co chodzi ;)
8. Antyperspirant w kulce Sanex (cena: 1,14 euro)- chyba nie muszę tłumaczyć :)
9. Miniaturka "mokrych" chusteczek Carex (cena: 1 euro)- dobrze mieć je pod ręką, zawsze można się nieco odświeżyć czy też zdezynfekować dłonie przed posiłkiem czy po skorzystaniu z toalety.
10. Płatki nasączone zmywaczem do paznokci Pure (cena: 1 euro)- zajmują znacznie mniej miejsca niż zmywacz i płatki kosmetyczne.
11. Lakier do paznokci BarryM, kolor: 333 Grapefruit (cena: ok. 7 euro)- może nie jest niezbędny, ale lubię jak moje paznokcie ładnie wyglądają.



1. Balsam z filtrem SPF20 Kolastyna- mam dosyć ciemną karnację, więc nie potrzebuję wyższej ochrony niż SPF 20.
2. Balsam po opalaniu Ambre Solaire, Garnier (cena: 9,99 euro)- wystawiona na całodzienne słońce skóra wymaga ukojenia i nawilżenia.
3. Krem nawilżający do twarzy Ziaja (cena: ok. 15 zł)- skóra w czasie wakacji szybko się odwadnia i jest nieprzyjemna, krem przyjdzie mi z pomocą.
4. Krem do twarzy z filtrem SPF50 Ziaja (cena: ok. 23 zł)- ze względu na kurację dermatologiczną zaczęłam używać 50tki i jakoś już mi zostało.
5. Miniaturka perfum Manifesto, YSL- nigdy nie chce mi się zabierać całej pojemności na wakacje, bo zajmuje dużo miejsca, miniaturka to idealne wyjście. Niestety moja już się kończy :(
6. Żel antybakteryjny Cuticura (cena: ok. 3,75 euro)- jest niezastąpiony, jeżeli potrzebujemy zdezynfekować ręce, a na Sri Lance to właśnie dłonie służą za sztućce, więc żel będzie często używany.
7. Sudocrem- potrafi uratować w niejednej sytuacji i dobrze mieć go ze sobą.
8. Spray na komary Repel- w krajach tropikalnych komary to spory problem, więc lepiej zabrać ze sobą coś przeciwkomarowego :)
9. Kompaktowy krem do ciała i twarzy Ambre Solaire, Garnier (cena: ok. 8 euro, my dostaliśmy gratis do kremu po opalaniu)- poręczny i niewielki, można wrzucić do torebki i dosmarowywać się w ciągu dnia, jeżeli słońce smaży szczególnie mocno.

Oczywiście o takich rzeczach jak szampon, żel pod prysznic czy pasta nie pisałam, ze względu na to, że nie zapomniałby ich chyba nawet mój brat :) Oczywiście poza tym zabieram także kilka najniezbędniejszych kosmetyków kolorowych. Dajcie znać co wy zawsze pakujecie na drogę i co wśród tych rzeczy jest u was zbędne :)

Follow my blog with Bloglovin

środa, 10 września 2014

"5 a day", czyli pięć porcji owoców i warzyw

Witajcie

Pewnie dobrze znana wam jest akcja pt. "5 porcji owoców i warzyw dziennie", w Irlandii skrótowo nazywana "5 a day". Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać jak ma wyglądać taka wzorcowa porcja, bo w zasadzie nie jem owoców i warzyw przy każdym posiłku (zdarza mi się ominąć ), ale nadrabiam w kolejnych. Postanowiłam doczytać jak to powinno wyglądać i kiedy możemy uznać, że te 5 porcji zostało przez nas zjedzonych. 


Wyczytałam, że jedna porcja to średniej wielkości owoc, ale co zrobić w przypadku truskawek czy malin? Otóż jedna porcja to podobno tyle ile mieści nam się w dłoni :) Czyli garść borówek, sałaty czy mieszczące się w dłoni jabłko. Za porcję uznaje się też talerz warzywnej zupy (jeżeli jest ona faktycznie warzywna, a nie z proszku) lub szklankę soku. Przeliczając na gramy- powinniśmy spożywać około 400-500 g warzyw lub owoców dziennie.

Najlepiej, żebyśmy jedli różnorodnie, a więc ideałem jest jedzenie pięciu różnych warzyw czy owoców każdego dnia. Prostym wyznacznikiem różnorodności jest kolor, im więcej różnych kolorów wrzucimy danego dnia na swój talerz tym lepiej! (np. borówki, papryka, brokuły, banan i buraczki jednego dnia). Moim zdaniem, jeżeli jednego dnia zjemy dwie porcje banana to nic takiego się nie dzieje, bo następnego możemy przecież nadrobić ilością brokuła. Uważam, że idealną proporcją byłoby jedzenie 1-2 porcji owoców i 3-4 porcji warzyw ze względu na to, że owoce zawierają sporo cukrów prostych, które nie służą nam w nadmiarze. Jeżeli dbasz o linię to owoce powinny znajdować się w posiłkach w pierwszej części dnia.


Ideałem jest jedzenie świeżych warzyw i owoców, ale jeżeli nie ma ich pod ręką warto sięgać po zupy, soki, mrożonki czy kiszonki, które świetnie sprawdzą się w tej funkcji.

Czy sok może być jedną z pięciu porcji warzyw i owoców dziennie?
Tak, ale pod jednym warunkiem, że jest to sok 100%, niedosładzany (cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym) i nie jest zrobiony z koncentratu. Warto uważać na to co pijemy, bo producenci bardzo lubią robić nas w balona, bardzo polecam wam stronę Czytamy etykiety, gdzie możecie sprawdzić składy części produktów czy też samemu zwracać uwagę na skład tego co wkładacie do koszyka. Za "porcję" uznaje się szklankę soku, czyli około 250 ml.

Po przygotowaniu tego posta uznałam, że prawdopodobnie przez większość dni dostarczam sobie odpowiedniej ilości warzyw i owoców, ale większy problem sprawiają mi warzywa. Jak wygląda spożywanie tych produktów, chętniej zjadacie owoce czy warzywa?

poniedziałek, 8 września 2014

#2 Co nowego w mojej kuchni?- kaszka kukurydziana i syrop z daktyli

Witajcie

Jakiś czas temu zaczęłam tę serię postów i tematów jak na razie mi nie brakuje :) Dzisiaj przedstawiam wam mojego ulubieńca- syrop z daktyli oraz kaszkę kukurydzianą, która także bardzo przypadła mi do gustu.
W poprzednim poście pisałam o batatach i jarmużu - więcej tutaj

#3 Kaszka kukurydziana- jak na kukurydzianą przystało ma żółtawy kolor i konsystencją oraz zastosowaniem bardzo przypomina mi kaszkę manną. Nie zawiera glutenu, a więc jest odpowiednia dla osób chorych na celiakię oraz dla tych którzy go unikają, jest lekkostrawna i bardzo rzadko uczula. Nie jest najbardziej bogatą w witaminy i minerały, ale wśród kasz wyróżnia ją duża zawartość witaminy A (dobra dla naszej skóry i oczu), zawiera także dużą ilość selenu, który wspomaga układ odpornościowy i pomaga w walce z wolnymi rodnikami. Może być wprowadzona do diety dziecka już po 5 miesiącu życia.
U mnie występuje zazwyczaj na śniadanie, na słodko. Można z niej zrobić placuszki, omlet, pudding czy po prostu ugotować ją na mleku i zjeść z owocami.



#4 Syrop z daktyli- może z powodzeniem zastępować miód czy cukier. Wytwarzany jest z bardzo słodkich daktyli, stanowi źródło witaminy A, PP, B1, B2, B6, C i K, ponadto daktyle zawierają minerały takie jak żelazo, fosfor, potas i magnez. Syrop z daktyli zawiera salicylany, które mają działanie przeciwzapalne, przeciwzakrzepowe i przeciwbólowe. Daktyle zawierają bardzo dużo cukrów prostych, powodują pokrycie niedoborów glikogenu w organizmie, ale ich spożycie nie podnosi poziomu cukru we krwi! Dzięki temu możemy syropem z daktyli posłodzić serek wiejski i ze spokojem wsunąć go po treningu.
Minusem jest to, że kosztuje krocie, ale można spróbować zrobić go w domu z suszonych daktyli. Moim zdaniem ma lekko czekoladowy posmak, wykorzystuję go głównie do oblewania naleśników, placków, omletów czy do słodzenia jogurtu naturalnego.


Znacie te produkty czy może nigdy nie próbowaliście? Zachęcam do włączenia ich do swojej diety! Kaszka jest produktem tanim, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją wypróbować :) Dajcie znać, jeżeli sami spróbujecie zrobić syrop z daktyli!

piątek, 5 września 2014

Moje bieganie

Witajcie

Od pewnego czasu biegam regularnie i postanowiłam napisać w końcu słów kilka na temat tego mojego biegania. W zasadzie to nic wielkiego, ale sprawia radość, a radością trzeba się dzielić !

Nienawidziłam biegania od kiedy tylko pamiętam. Jestem typem człowieka, któremu jak się coś każe to robi rzecz zupełnie odwrotną. I tak też było przez całą podstawówkę i gimnazjum- kazali biegać, a ja na to bieganie się dąsałam i twierdziłam, że nie lubię. W liceum odpuścili bieganie (wtedy to zrazili mnie śmiertelnie do pływania), ale sama z siebie zaczęłam biegać gdzieś pod koniec liceum. Zdarzały się jakieś tam zrywy, kiedy biegałam regularnie, ale nie trwały one zbyt długo.

Kilka miesięcy temu zdarzył się kolejny zryw. Zaczynałam z planem treningowym, który przewidywał ok. 10 tygodni treningów i miał mnie doprowadzić do 30 minut nieustannego biegu. Jako, że byłam w dobrej formie postanowiłam zacząć od razu od 4 tygodnia i poszło w zasadzie całkiem nieźle. Później ze względu na sesję na dobre kilka tygodni przerwałam bieganie. Kolejne próby podjęłam w czasie obozu naukowego, jednak ze względu na napięty grafik udało się to tylko 3 razy. Obecnie jestem w Dublinie, mam sporo czasu i biegam regularnie od 6 tygodni. Staram się robić 4 treningi biegowe w tygodniu, jeden bieg jest zawsze nieco dłuższy, dbam też o włączenie interwałów w swoje treningi. W zasadzie to chyba najdłuższy okres w moim życiu regularnego biegania.


Niedawno podjęłam decyzję, ze chciałabym wziąć udział w zorganizowanym biegu i nastąpi to prawdopodobnie 12.10.14 w Żorach. Wszystkich mieszkających w pobliżu zapraszam do wzięcia udziału!

Nie biegam szybko, bo stwierdziłam, że nie ma się co spinać- wszystko przyjdzie z czasem. Nie biegam rano, bo za cholerę nie umiem się zwlec wcześniej z łóżka, a na samą myśl o bieganiu na czczo robi mi się słabo. Najlepiej biega mi się popołudniami i wieczorami. W zasadzie to lubię biegać w upale, dużo gorzej jest w chłodne dni- po kilku minutach leje mi się z nosa i zaczyna boleć gardło. Zwykle biegam sama, bo po prostu nie mam biegowego kompana. Biegam w ciszy, zdarzało mi się słuchać muzyki, ale chyba wolę pozostać sama ze swoimi myślami.. Staram się trzymać tempo konwersacyjne, ale czasami lubię dać sobie w kość.

Biegam, bo lubię.
Biegam, bo bieganie pozwala mi przekraczać granice i pokonywać samą siebie.
Biegam, bo bieganie jest fajne.
Biegam, bo lubię się zmęczyć.
Biegam, bo to pozwala mi trochę porozmyślać.
Biegam, bo dzięki temu zapewniam sobie "reset" umysłu.
Biegam, bo to mnie relaksuje.
Biegam, bo to moja chwila dla siebie.
Biegam, bo to ucieczka od rzeczywistości.
Biegam, bo to sprawia mi frajdę i poprawia humor.
Biegam, bo to dobrze działa na moją kondycję.
Biegam, bo bieganie dobrze działa na figurę (a poza tym można więcej jeść :D)


Za jakiś czas postaram się przygotować mniej osobisty, a bardziej techniczny post o bieganiu :) Kilka słów o tym jak zacząć, o planach treningowych, stroju i innych tego typu rzeczach. 
A wy biegacie? Dajcie znać za co lubicie ten sport ;)

wtorek, 2 września 2014

Warto odwiedzić - Jamie's Italian

Witajcie

Postanowiłam rozpocząć nową serię na blogu, która będzie nosiła nazwę "Warto odwiedzić" i będzie odnosiła się do fajnych miejsc, które miałam okazję odwiedzić :) Seria będzie dotyczyła miejsc zarówno tutaj w Dublinie, w Polsce, jak i w miejscach do których będę podróżować.

Na pierwszy ogień idzie restauracja "Jamie's Italian" słynnego Jamiego Olivera. Jak dziś pamiętam wieczory spędzone z mamą przed tv i oglądanie jego programów. Jamie sprawiał, że największe paści urastały do rangi pysznego posiłku :) Nie powiem, żeby odwiedzenie jego restauracji było jakąś szczególną pozycją na liście marzeń, ale w zasadzie to kolacja w jego knajpie była po części spełnieniem jakiegoś tam małego marzenia.


Pierwsza restauracja "Jamie's Italian" powstała w 2008 roku w Oxfordzie. Obecnie istnieje 30 restauracji sygnowanych jego imieniem w całej Wielkiej Brytanii, Dublinie, Dubaju, Singapurze i wielu innych miejscach. Wspólnikiem Olivera jest włoch Gennaro Contaldo. Obaj panowie skupiają się na tym aby w ich restauracjach podawane było jedzenie najwyższej jakości, serwowany tam makaron jest robiony na miejscu, wszystko robione jest "z sercem".

My odwiedziliśmy restaurację, która znajduje się w Dublinie, a dokładniej w Dundrum. Restauracja znajduje się przy centrum handlowym, jest spora, wnętrze urządzone jest w industrialnym stylu. Zaskoczyła nas jej wielkość i ilość ludzi w środku, można powiedzieć, że mają tam codziennie prawdziwy "przemiał", gdyż w środę nie było tam praktycznie w ogóle wolnych stolików!

Przystawki i dania główne były naprawdę świetne! Pozycje w menu kuszą tak bardzo, że naprawdę ciężko się zdecydować co wybrać. Wszyscy skusiliśmy się na makaron i faktycznie był to taki "domowy", a nie "kupny" makaron. Danie główne możemy wybrać w wielkości dania głównego lub przystawki, ja wybrałam mniejszą opcję ze względu na to, że kolacja była 3-daniowa. Jedynym rozczarowaniem były desery- już samo menu nie zachęcało, w zasadzie nie było tam nic szczególnego do wyboru. Jestem wielbicielem deserów i jak na prawdziwego znawcę przystało, udało mi się strzelić w dziesiątkę :) Tarta migdałowa była jedynym godnym uwagi deserem, nawet kierownik sali przyznał, że jest to najlepsza pozycja w deserowym menu :) Nie polecam tiramisu- za mocno kawowe, za mało kremu z mascarpone, a za dużo rozmoczonych biszkoptów.

Poza jedzeniem "Jamie's Italian" oferuje pyszne koktajle i kilka podstawowych, ale niezłych włoskich win. Białe wina które wybraliśmy były naprawdę dobre (niestety nie pamiętam nazw), a po kolacji spróbowaliśmy także kilku drinków. Amaretto sour było dla mnie sporym zaskoczeniem - nie spodziewałam się, że drink z białkiem jajka może być tak dobry (nie mają go niestety w regularnym menu), a kawowe Espresso Martini zasmakowało mi, pomimo tego, że nie jestem fanką kawy espresso.

Pomimo dużej ilości ludzi jedzenie było dobrze przyrządzone i świeże, niestety trzeba było na trochę poczekać, ale to w końcu restauracja, a nie fast food! Obsługa mówiąc szczerze mogłaby być nieco lepsza, ale nie było tragicznie. Ceny jak na takie miejsce i tak dobre jedzenie są bardzo przystępne.

Tak jak wspominałam- we wnętrzu industrial. Niestety ciężko oddać klimat tego miejsca na zdjęciu

Mój starter- Arancini margherita, czyli kuleczki z risotto w sosie pomidorowym. Danie jest bardzo ostre, ale przepyszne :)

 Wzięliśmy także dwie porcje różnych rodzajów chleba i jak na 4 osoby to było tego nieco za dużo! Jedna porcja na czwórkę byłaby idealna.

Roasted squash&ricotta brushetta - starter mojego chłopaka. Po spróbowaniu żałowałam, że nie zdecydowałam się na tę pozycję, bo brushetta była przepyszna!

Prawn linguine, czyli makaron z krewetkami i rukolą

 Wild rabbit tagliolini, czyli makaron z "ragu" z królika, bardzo polecam to danie, nawet jeżeli nie jesteście fanami mięsa królika! :)

Tarta migdałowa- była obłędna!

 Amaretto sour- nie wygląda imponująco, ale smakuje świetnie

 Espresso Martini, czyli bardzo kawowy drink. Zasmakuje wszystkim fanom kawy, a także tym, którzy nie lubią czuć alkoholu w drinkach


Niestety w Polsce nie ma żadnej restauracji Jamie'go, ale znajdziecie je w Anglii, Irlandii, Dubaju, Australii, Singapurze, Turcji, Brazylii i Hong Kongu.

Dajcie znać czy podoba wam się taka seria i czy chcecie w przyszłości przeczytać coś w tej tematyce :) Postanowiłam dodawać posty tego typu do zakładki "podróże", żeby było łatwiej je znaleźć, jeżeli wybieracie się w dane miejsce.