wtorek, 28 kwietnia 2015

Legginsy i opaska od Galaxy Active Wear

Witajcie

Paczka od Galaxy Active Wear wpadła w moje łapki dzisiaj, ale nie mogę się powstrzymać przed pokazaniem wam jej zawartości :) W mojej paczce znajdowały się legginsy oraz opaska na włosy. Ubolewam jedynie nad tym, że nie mam pod ręką fotografa, który mógłby zrobić godne zdjęcia tych cudeniek :D Przez najbliższe tygodnie mam zamiar konkretnie je przetestować i wtedy na pewno dam wam jeszcze znać co o nich sądzę :)

Wybrany przeze mnie model to LGL018, a rozmiar XS. Wcześniej zamówiłam S (sugerowałam się obwodem pasa podanym przez producenta) i musiałam je odesłać, bo były za duże. Legginsy są przyjemne w dotyku, wygodne, wykonane z poliestru i co dla mnie jest bardzo miłą niespodzianką- wyprodukowane w Polsce.

Przyznam szczerze, że od dawna marzyłam o legginsach z wzorem galaxy, miałam nawet pomysł, ze na Sylwestra zostanę Drogą Mleczną (mój chłopak kazał mi się puknąć w czoło), no i teraz mogę być Drogą Mleczną na siłowni :D Teraz nie ma wątpliwości kto jest największą gwiazdą leg day'a :D

 Mam wrażenie, że w rzeczywistości kolor jest cieplejszy, ale dobrze jest sprawdzić też jak one wyglądają na stronie producenta, czyli tutaj, u mnie dzisiaj średnie światło i ciężko było oddać ich piękno :D


 Ciężko nie przyznać im eksponowania tyłka :D Zwłaszcza z tymi gwiazdkami na samym środku :P Coś czuję, że nie pozostanie niezauważony w czasie leg day'a :P

 Kolor ciemniejszy i chłodniejszy niż w realu, ze względu na światło i filtr 

Opaska jest strasznie szeroka i mam wrażenie, że wyglądam w niej trochę jakbym była upośledzona... Z drugiej strony jak będzie wiało po uszkach w zimie to nie będę wybrzydzać :D

Legginsy kosztują 179 zł, a cena opaski to 24,49 zł w promocji. Wszystko możecie dostać w sklepie Galaxy.

Dajcie znać co sądzicie o moich nowych dzieciach :D Przygarnęłybyście czy może wzór jest trochę zbyt odważny?

niedziela, 26 kwietnia 2015

Tydzień w zdjęciach (Week 16)

Witajcie

Kolejny tydzień za mną, tym razem postarałam się i zrobiłam więcej zdjęć :D

 Owsianeczka zawsze spoko :)

 Brat na niedzielnym treningu (futbol amerykański) skręcił z kostką, a więc dobra siostra pojechała z nim w poniedziałek do szpitala :P A, że pompy same się nie nauczą to notatki zabrałam ze sobą (zdałam, oceny słabe, ale to już wina oceniającego, a nie poziomu mojej wiedzy ;p)

 Siedzenie w szpitalu wykańcza, więc kupiłam sushi boxa. Jak kiedyś nie lubiłam sushi wcale, tak teraz uwielbiam nawet te z Biedry :)

 Omlet kakaowy z kaszką manną :)

Bananowy...

 Selfie w słoneczny dzień :)

 Przed siłką włosy takie umyte...

 W czwartek przyszedł JOYbox :) Więcej tutaj

 Jak piątek to wege obiad- rybka 

 Zachód słońca na wiosce :)

 Zachcianka ;p

 Sobotnie pulpeciki < 3 po masie sama wyglądam jak pulpecik

 Check tyłka ;d rośnij mały, rośnij 

Jak wspominałam na fp- dzisiejszy trening udany nie był.. Ale chociaż spędziłam chwilę na stepperze

Dajcie znać jak wam minął ten tydzień ! :) U mnie było baardzo słonecznie, a piątkowy leg day czuję jeszcze dziś :D

piątek, 24 kwietnia 2015

Pudełko JoyBox

Witajcie

Od dawna słyszałam już o pudełkach takich jak ShinyBox czy BeGlossy, jednak o JoyBoxie usłyszałam stosunkowo niedawno :) Nawiązałam współpracę z Joy'em i wczoraj przyszło do mnie śliczne, błękitne pudełko pełne dobroci :)


Czym jest JoyBox?

Jest to pudełko pełne kosmetyków różnego rodzaju, znaleźć w nim możemy zarówno kolorówkę, jak i kosmetyki do pielęgnacji, a wiem, że są także pudełka z miniaturkami świec Yankee Candle. W pudełku mamy 9 kosmetyków, 6 jest narzuconych, a 3 wybieramy sobie spośród kilku rzeczy sami (mi całość narzuciła firma). Obecne pudełko to "Wiosna Trendy", kosztuje ono 59 zł i jest to trzecia edycja, a dokładnie wydanie specjalne pudełka. Przyznam szczerze, że pudełka rozchodzą się jak świeże bułeczki, więc nie ma co się zastanawiać. Dostałam informację o tym, że dzisiaj dostępny jest kolejny 'rzut' pudełek, ale nie wiem ile będą one w sprzedaży. Pudełko nabyć możecie na stronie joy.
Kosmetyki w pudełku są warte około 300 zł i pomyślałabym pewnie, że to ściema, gdybym nie zobaczyła pełnowymiarowego tuszu MAC, który sam jeden kosztuje około 100 zł. Ilość kosmetyków pełnowymiarowych w pudełku bardzo mnie zaskoczyła, praktycznie większość to normalne pojemności :) Ponadto w moim pudełku znalazł się numer gazety JOY oraz próbki kosmetyków.





 1. Odżywka Timotei precious oils 200 ml, cena: 8,5 zł- uwielbiam odżywkę do włosów z olejami od Garniera, więc ta pewnie przypadnie mi do gustu. Przyznam szczerze, że nie pamiętam kiedy ostatnio miałam jakąś ich odżywkę, zazwyczaj stawiałam na szampony Timotei. O odżywce na razie mogę powiedzieć, że pachnie obłędnie- słodko i migdałowo.
2. Miniaturka perfum Lolita Lempicka EAU DE PARFUM, 5 ml- szkoda, że nie ma atomizera, aczkolwiek buteleczka jest urocza! Często podróżuję i takie minuaturki ratują mi tyłek :) Perfum jest dosyć ciężki, ma w sobie nutę orientu i tajemnicy. Przypuszczam, że sprawdzi się na bardzo ciepłe, letnie wieczory, idealnie wpasowuje mi się w klimaty Dubaju, aż żal, że nie wybieram się w tym roku ;)
3. Tusz do rzęs MAC, In extreme dimension lash 3D, 12 g, cena: 98 zł- kiedy zobaczyłam w pudełku produkt MAC'a to prawie umarłam ze szczęścia, a akurat miałam iść do drogerii po tusz Wibo- ktoś czytał mi w myślach!
4. Lakier do paznokci E'clair Classic Collection, 12 ml, cena: 20 zł, odcień 47- buteleczka mnie urzekła :) E'clair studio śledzę od pewnego czasu i uwielbiam ich paznokcie. Za niedługo będę rezygnować z żeli, a ten piękny, brzoskwiniowy kolor będzie świetnie wyglądał przy opalonej skórze.


1. Tołpa Nawilżające mleczko łagodzące, 200 ml, cena: 20 zł- niedawno kupiłam sobie inny balsam Tołpy, ale tamten ma bardzo świeży zapach i jest lekko chłodzący, więc odstawię go na lato. Ten pięknie pachnie i mam nadzieję, że będzie dobrze nawilżał, bo moja skóra potrzebuje kopa po zimie.
2. Krem AA Hydro algi błękitne, nawilżający matujący, 50 ml, cena: 18,99 zł- ktoś chyba wiedział, że nie mam kremu nawilżającego i, że moja skóra jest przetłuszczająca się :D idealnie trafione!
3. Maska kolagenowa Etre belle, cena: 10 zł- firmę Etre belle kojarzę, bo u mnie w klubie fitness używają tych produktów w gabinecie kosmetycznym. Mojej buzi przyda się kuracja po zimie, więc chyba już wiem jakie mam plany na dzisiejszy wieczór :D
4. Stenders naturalne mydełko żurawinowe, 100 g, cena: 20,9 zł- pachnie obłędnie owocowo :) Testowanie naturalnych produktów to zawsze super sprawa.
5. Płyn miceralny Dermedic, 200 ml, cena: 6 zł (opakowanie wygląda tak dobrze, że sama wyceniłam go na 30 zł :D)- akurat kończy mi się tonik i z bólem serca miałam iść po kolejny, a tu proszę :)
6. Glov produkt (chusteczka) do zmywania makijażu samą wodą- to jest chyba jedna z próbek i jestem bardzo ciekawa tego produktu, bo nie do końca wiem jak to będzie działać :D

Przyznam szczerze, że jestem zaskoczona, bo sama nie wybrałam ani jednego produktu, a większość z nich jest na prawdę bardzo trafiona i była mi akurat potrzebna :) Nic z tych rzeczy nie miałam wcześniej, więc chętnie sprawdzę i przetestuję. JOY współpracuje z masą świetnych i znanych mi marek na które miałam ogromną chrapkę :D

Jeżeli chcecie własne pudełko to możecie nabyć je TUTAJ, polecam się spieszyć, bo wyprzedają się migiem :) Wysyłka jest gratis :)

Dajcie znać czy miałyście to lub inne tego typu pudełko i co myślicie o takich inicjatywach!


środa, 22 kwietnia 2015

Warto odwiedzić- Charlotte

Witajcie

Jakiś czas temu miałam okazję odwiedzić osławioną już nieco, krakowską Charlotte. Zdjęcia koszyków z croissantami i słoików dżemu przyciągały mnie bardzo, a i mój chłopak nie pozostał na nie obojętny, więc przy okazji wizyty w Krakowie udało nam się zaliczyć to miejsce.

Charlotte - chleb i wino znajduje się w Krakowie przy placu Szczepańskim, czyli całkiem niedaleko rynku (ma swoją siostrę także w Warszawie). Knajpka jak sama nazwa wskazuje (klimat z resztą też) inspirowana jest klimatami lekko francuskimi i o tyle, o ile w samym Paryżu nie byłam to przysiądz mogę, że dokładnie tak to sobie wyobrażałam :)

Styl wnętrza lekko surowy, białe ściany, czasem nawet odrapane, w pierwszej części do której wchodzimy znajdują się długie, drewniane stoły przy których możemy dzielić się dżemikiem z innymi miłośnikami rogalików, wielka lada z milionem wypieków, a później po schodkach na dół mamy nieco bardziej mroczny klimat z mniejszymi stoliczkami. W Charlotte panuje totalny zgiełk, mnóstwo ludzi, ciężko znaleźć wolne miejsce, bardzo młodzi kelnerzy biegają z miejsca na miejsce, w tle francuskie piosenki- o tak, dokładnie taki chaos kojarzy mi się z Paryżem (tak, muszę pojechać :D).


W Charlotte serwują (jak sama nazwa wskazuje) chleb i wino, pieczywo mają świetne i robione na miejscu, a do pieczywka nie ma nic lepszego niż lampka wina (zwłaszcza z rana :D). Przyznam szczerze, że nieco zaskoczyły mnie ceny, jak na tak rozdmuchane i hipsterskie miejsce spodziewałam się majątku za kawałek chleba, a było do przełknięcia. No może 4,5 zł za Croissanta to nie cena lidlowa, ale nadal nie jest źle :)
Zamówiliśmy po kanapce na ciepło, ja wzięłam Chevre chaud z kozim serem, a mój chłopak Jambon Gruyere z szynką i serem Gruyere i jego kanapka zdecydowanie wygrała konkurs smaku :) Wielkość kanapki możecie zobaczyć na zdjęciu, a cena to dyszka. Mi smakowało :)

W Charlotte byliśmy w porze lunchu i jakoś ni w pięć, ni w dziesięć mieliśmy ochotę na ich Croissanty z dżemorem, ale spokojnie, kiedyś to nadrobię. Natomiast oboje skusiliśmy się na deser, ja wsunęłam jedną z lepszych w swoim życiu tart cytrynowych, a mój chłopak zjadł Creme brulee i jako znawca kuchni wszelakiej stwierdził, że było bardzo dobrze zrobione :) Dodatkowo wypiłam szklankę świetnego, nieszablonowego grzańca. Nie był słodki jak te sklepowe, ale kwaskowaty i bardzo dobrze przyprawiony.
Jedyną wadą jakiej doszukałam się w tym miejscu jest obsługa, młodzi kelnerzy po prostu totalnie nie ogarniają co się dzieje i z niczym nie wyrabiają, brakuje tam niestety dobrego managera. Z drugiej strony można im wybaczyć :)
Charlotte to trochę hipsterskie, specyficzne miejsce i znam osoby, którym totalnie nie przypadło do gustu. Jednak wszystkie inne, które tam były po prostu popadają w zachwyt i ja do nich należę :)


Dajcie znać czy chcecie aby ta seria nadal się tutaj ukazywała. Mam jeszcze w zanadrzu jedno miejsce na Śląsku, a i całą masę w Irlandii (tutaj nie wiem czy jest większy sens i czy jesteście zainteresowani miejscami, które nie znajdują się w Polsce). Jeżeli macie jakieś ciekawe knajpki do odwiedzenia we Lwowie to chętnie posłucham, bo wybieram się niedługo na weekend :)

niedziela, 19 kwietnia 2015

Tydzień w zdjęciach (Week 15)

Dzień dobry

Nawet nie wiem kiedy minął mi ten tydzień i wyszło jakoś tak, że nie udokumentowałam zbyt wielu momentów :) Dlatego dzisiaj będzie bardzo ekspresowy tydzień w zdjęciach :D

Mam taką tradycję- odlot z Dublina nie może obejść się bez kawy w Starbucksie :)

 Siłownia o 7:30 jest cudownie pusta

 Omlecior po powrocie do Polski musiał być :)

 Selfie ;d

 Owsianeczka kakaowa- ulubiona :)

Nowe pazury, tym razem neonowo i radośnie :)

W tym tygodniu muszę zdecydowanie bardziej pamiętać o robieniu zdjęć :) Miłej niedzieli Kochani :)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Power pump- moja nowa miłość

Witajcie

Dzisiaj opowiem wam na zajęciach na które trafiłam trochę z przypadku, wybierałam się na darmowe Pole Dance z okazji Dnia Kobiet, a że godzinka ćwiczeń to trochę mało to zapisałam się na kolejne jakie były w grafiku. I o ile Pole Dance to trochę nie mój styl to Power Pump wciągnął mnie totalnie! Jeżeli skuszę się na droższy karnet łączący siłownię z fitnessem to te zajęcia wpisuję w swój grafik na stałe.

Co to za forma aktywności?
Power Pump czy też inaczej nazywane Cardio Pump, Body Pump to ćwiczenia cardio, wykonywane w rytm muzyki (ale nie martwcie się, żadnych skomplikowanych układów) ze sztangą. Wychodzi z tego niezłe połączenie cardio z siłówką, a niektórzy widzą w tym wręcz elementy interwałów.Sztanga oczywiście na niewielkim obciążeniu, gdyż ćwiczymy intensywnie, w tempie, liczba serii każdego ćwiczenia jest baardzo duża i można nieźle się napocić pomimo tego, że bierzemy kilka razy mniej niż na siłowni.

Jak wyglądają zajęcia?
Zaczyna się od intensywnej rozgrzewki, kiedy już nasze ciała są porządnie przygotowane do ćwiczeń bierzemy sztangę i jedziemy! Zaczynamy od nóg, później przechodzimy przez ćwiczenia na bicepsy, tricepsy, aż po klatkę piersiową i brzuch (do brzucha nie używa się sztang). Można powiedzieć, że przerabiamy wszystkie klasyczne ćwiczenia z siłowni- przysiady, wyciskania od tych na stojąco, po te na stepie czy francuskie i wiele wiele innych, z tą różnicą, że wszystko robimy znacznie szybciej i pocimy się o wiele bardziej intensywnie. Temu wszystkiemu towarzyszy mega energetyczna muzyka, która naprawdę pobudza do działania.

Co można dzięki niemu osiągnąć?
Są to ćwiczenia siłowo-wytrzymałościowe, w organizmie zachodzą różne procesy (tlenowe i beztlenowe), spalamy tłuszczyk szybciej niż na siłowni, poprawiamy wydolność, wzmacniamy i wysmuklamy mięśnie. W przypadku takiego treningu raczej nie trzeba się martwić o wzrost masy mięśniowej, poza tym prawdopodobne jest, że tłuszczyk spala się jeszcze dłuugo po treningu. Pracujemy nad całym ciałem, dzięki czemu wszystko może się równomiernie rozwinąć.


Dla kogo?
Dla wszystkich nie cierpiących skomplikowanych fitnessowych układów, ale mających ochotę na zajęcia w grupie. Wydaje mi się, że Power Pump to świetne urozmaicenie treningów, zwłaszcza, jeżeli typowa siłówka obecnie nieco nas nudzi, można potraktować te zajęcia jako przerywnik w czasie szukania siłowniowej motywacji. Myślę, że będzie świetną aktywnością dla osób na redukcji. Dzięki temu, że obciążenie dobiera się indywidualnie, a na sali jest instruktor to może być to dobry pomysł dla początkujących, gdyż zawsze jest to dobry pretekst do nauki dobrej techniki (jednak osoby z bardzo słabą kondycją mogą po prostu nie dać rady).

Moje wrażenia
Byłam dosłownie zachwycona! Uwielbiam takie odmóżdżające, ostre i wycieńczające treningi! Zajęcia fitnessu zwykle bardzo mnie frustrowały, bo moja koordynacja ruchowa i zdolność zapamiętywania układów dorównuje prawdopodobnie zdolnością 3-letniego dziecka, a tu taka miła odmiana. Nie od dziś wiadomo, że na widok sztangi moje serce bije szybciej i te zajęcia zdecydowanie mnie nie zawiodły. Byłam spocona jak świńka, mięśnie drżały i bolały, ale uśmiech miałam od ucha do ucha! W dodatku muzyka była taka, że ciało samo chciało skakać :) Polecam zdecydowanie wszystkim :)

niedziela, 12 kwietnia 2015

Tydzień w zdjęciach (Week 14)

Witajcie

Tygodnie kiedy jestem na wyjeździe mijają szczególnie szybko.. Mam wrażenie, że przyleciałam dopiero wczoraj, a już muszę wracać. Wyjazdów z Dublina nie lubię szczególnie, ale wspomnienia o tym tygodniu będą przywoływać uśmiech na twarz :) Było bardzo aktywnie! Jak nie rower to rolki albo spacer, poza tym jeszcze siłownia- praktycznie nie było dnia bez aktywności :) Poza tym jestem dzieckiem szczęścia i prawdopodobnie trafiłam na jeden z tygodni najpiękniejszej pogody w roku (tak, tydzień ciepła, słońca i bez deszczu to ewenement). Pod względem diety było bardzo luźno, cheat za cheatem, słodycze, alkohol, generalnie hulaj dusza, piekła nie ma :D Widzę, że parę kg na plusie, ale na masie jestem, więc płakać nie będę :D

 Lekko sztucznawe niestety truskaweczki, ale za to ulubiony cydr wynagrodził niedogodności :D

 Poniedziałkowe 20 km na rowerze zaliczone :) Fotka z jeleniami w Phoenix Parku obowiązkowa!

 Przy okazji zwiedziłam kilka nowych miejsc blisko domu, "wodospad" w Lucan i St. Catherines Park :)

 Russian red na ustach ;)

 Poniedziałkowy wypad do miasta z moim cudownym mężczyzną :)


 Jeżeli wybieralibyście się do Dublina to polecam wam The Woolen Mills- lekko unowocześniona kuchnia irlandzka w sympatycznym wnętrzu. Na zdjęciu mistrzostwo świata- pasztet z pora i muli, ktoś kiedyś mówił, że nie lubi pora i muli, tak? Teraz jestem wielką fanką :)

 A to mój cheat meal- klasyczny, tłuściutki burger :) Do tego wzięliśmy sałatkę z samphire (nie umiem znaleźć polskiej nazwy, a mój chłopak wytłumaczył mi, że to jakaś roślinka rosnąca nad morzem, przypomina trochę mini szparagi, a trochę fasolkę szparagową) z gruszką i orzechami laskowymi- kolejne niebanalne połączenie, którego warto spróbować. Mój chłopak wziął ragu z ogona wołowego, nazwa trochę mnie przeraziła, a pyszne było tak, ze żałowałam, że sama nie zamówiłam :D

 Zarówno mój chłopak, jak i Pani kelnerka nie mogli uwierzyć, że po tym wszystkim zamawiam jeszcze deser. Co prawda burgera nie umiałam już dojeść, ale jak to mówią- na desery jest przecież osobny żołądek! Tarta Oreo okazała się być w moim mniemaniu tartą Snickers, co z resztą wcale mnie nie zmartwiło. Spód z ciastek Oreo, pełno orzeszków, karmelu i gorzka czekolada na wierzchu- mniam !

 Następnego dnia spalałam grzechy w trakcie 70 km trasy rowerowej. Zawsze chciałam wybrać się na rowerze do nadmorskiego Bray, niestety mój chłopak nie oświecił mnie, że dobre 15 km to same górki :D

 Kiedy przejeżdżaliśmy obok stadionu Aviva mój chłopak nie mógł się powstrzymać i musiał zrobić zdjęcie. Otóż moi Kochani, to jest ulica na której nielegalnie jeden z działaczy polskiego PZPN sprzedawał swoje bilety na mecz Polska- Irlandia, które dostał rzekomo dla rodziny i znajomych. Mój chłopak był tak uradowany tym faktem, że musiałam was poinformować :D

Górki, górkami, dałam radę :) A widoki w Irlandii są cudowne, zwłaszcza jeżeli dopisuje pogoda!


 Irlandzki Chowder w The Martello to najlepsze co mogło mnie spotkać po 35 km jazdy :) Kremowa, gorąca zupa zrobiona z ryb i owoców morza to jest to! 

 Michy wylizane :D

 Upiekłam bezę, przepis tutaj

 Sezon na rolki otwarty i zamknięty jednocześnie :D rolki zostają niestety w Dublinie :(

Micha chipsów wieczorem? Tylko jeżeli to chipsy z jarmużu! Przepis tutaj

 Ubóstwiam produkty tej firmy ;) Jogurty mają świetne składy i mus owocowy na spodzie, polecam szczególnie rabarbar! Poza tym ich sernik powala na kolana łakomczuchów takich jak ja ;)


 Wielka micha ;)


 O mamo do czego to doszło, winiacz od Weight Watchers?! :D Ta firma jest mega popularna w Irlandii, przypuszczam, że to stworzone produkty specjalnie pod dietę Strażników Wagi o której słyszałam kilka lat temu. U nas chyba nie zrobiła kariery, ale w Stanach była dosyć popularna :P 


 Dorzuciłam trochę obciążenia do martwego, w Polsce miałam 27,5 kg, a tutaj doliczając gryf było ok. 32 kg, czyli jest progres :) Miny wszystkich dziadków w hotelowej siłowni kiedy zaczynałam rozkręcać tego typu sprzęty były bezcenne, myślałam, że pospadają z rowerków :D


Jak stwierdził nasz współlokator- mój chłopak to ma się chyba za dobrze :) Pancake's nie wyglądają imponująco, ale smakowały OBŁĘDNIE :) a do tego świeżo wyciskany sok pomarańczowy- jak dla mnie to perfect breakfast :)